To miała być największa masakra w historii ludzkości. Padł rozkaz, by bezlitośnie zdławić bunt. Miało zginąć dwa miliony bezbronnych cywilów. Całe rodziny z małymi dziećmi i niemowlętami, ludzie starzy i chorzy, klasa bogatych i podmiejskie slumsy. Wszystkich zjednoczył apel: „Wyjdźcie na ulice!". Wezwał ich kardynał o dziwnym nazwisku: Sin, po angielsku „grzech"...
Były ataki czołgów. Przeprowadzono atak moździerzowy. Nastąpił atak zmotoryzowanej piechoty. Ciśnięto w tłum pojemniki z gazem. Wysłano do ataku helikoptery. Skierowano na miejsce buntu bombowce. Brakowało jeszcze tylko ataku od dołu - z samego dna piekła.
Oni bali się śmiertelnie, a jednak nie cofnęli się nawet o centymetr. Cofnęły się czołgi. Jak to się stało, że na asfalt manilskiej autostrady nie spadła ani jedna kropla krwi? To był cud. Zwyczajny cud. Czy zwyczajny?