Już wiedziałam, że droga, którą idę, jest zła i muszę zawrócić, ale jeszcze nie bardzo wiedziałam, jak to zrobić. Z rodzicami spotykałam się bardzo rzadko, byłam sama wśród wilków. Jednak nie sama, był ze mną Bóg i najlepsza z Matek na ziemi, dodawali mi siły, bym mogła wytrwać. Na zebrania chodziliśmy coraz rzadziej, a na każdym kolejnym - utwierdzałam się w tym, że zbłądziłam. Zaczęłam rozmawiać z mężem, on miał zawsze jedną odpowiedź: „świadkowie mają racj", tym ucinał każdą rozmowę i wychodził z domu. Zrozumiałam, że do niczego te rozmowy nie doprowadzą, bo on nawet nie wie, w czym mają rację, wie tylko, że mają rację. Mniej więcej w tym czasie, syn miał już ok. pół roczku, tato dał mi książkę „Apostołowie czy intruzi" i kilka numerów „Effathy". Pochłonęłam wszystko migiem, siedząc nawet po nocach i wypisując do notesu najważniejsze cytaty. Pewnego dnia z ust wyrwało mi się pytanie: „Lucuniu, czy mogę powiesić krzyżyk w domu"
Fragment świadectwa Elżbiety